Avalanche Recordings 2014

Godflesh - A World Lit Only By FirePo tym jak na przełomie lat 80-tych i 90-tych swoimi pierwszymi kultowymi albumami Godflesh przedefiniował pojęcia rocka industrialnego i industrial metalu,  po kilkunastoletniej przerwie, działalności w wielu licznych projektach, po reaktywacji w 2011 roku i bardzo udanej trasie koncertowej podsumowanej koncertowym albumem na czerwonym winylu, po wydaniu rozbudzającej apetyt epce "Decline & Fall", Godflesh powrócil z pełnowymiarowym, studyjnym albumem "A World Lit Only By Fire". 

Wydaje się, że wracając do stylistycznych korzeni muzycy doskonale wyczuli gusta i oczekiwania swoich fanów, ponieważ pierwsze płyty "Godflesh", "Streetcleaner", "Slavestate", czy "Pure" są wymieniane jednym tchem jako te najlepsze. Kawałki z pierwszych płyt, często proste, miażdżące swoją energią i ciężarem, doskonale sprawdzają się podczas występów na żywo. Czego mieliśmy okazję doświadczyć ze znajomymi podczas jednego z koncertów Godflesh we wrocławskim klubie Firlej. Nic więc dziwnego, że po dobrze przyjętej i udanej trasie, Godflesh poszedł za ciosem i nagrywa muzykę w zbliżonym klimacie.

Na najnowszym albumie znajdziemy 10 utworów. Stylistycznie być może nie jest to odkrywanie niczego nowego, jednak zawarto tu najlepsze cechy muzyki Godflesh, jaką poznaliśmy na przestrzeni lat, czyli ciężar znany z pierwszych dwóch debiutanckich płyt z domieszką atmosfery tajemniczości i uniesienia z "Selfless".

Instrumentarium Godflesh to znów jak za dawnych dobrych czasów:  gitara, bas, wokal i automat perkusyjny. Znajdziemy tu zarówno ciężkie i wolne kompozycje jak również kilka szybkich numerów podobnych do chociażby "Weak Flesh" z debiutanckiej płyty z czarno białą twarzą na okładce. 

Jeden z lepszych utworów na płycie to "Shut Me Down" oparty o prosty ale genialny riff. Z pewnością większość fanów Godflesh kojarzy kawałek "Anything Is Mine" z płyty "Selfless". "Shut Me Down" jest jakby w podobnym klimacie a nawet nieco cięższy. Być może komuś takie riffy wydają się trywialne do zagrania ale trzeba przyznać, że utwór "Anything Is mine" należy do najczęściej coverowanych kawałków Godflesh przez inne kapele.

Kolejny niesamowity utwór na nowej płycie to "Life Giver Life Taker". Szybki, bezkomporomisowy, wydaje się wręcz idealny do tego by pobawić się pod sceną. W kontraście to szybkiej muzyki wokaliza Boradricka dobiega z oddali niczym nawoływanie mnicha. Kolejny szybszy kawalek to "Curse Us All", prosty w punkowo, death metalowym rytmie na dwa, ale niesamowicie skuteczny. Ciekawy jest również "Imperator". Sporo jest także wolniejszych, rozbudowanych utworów, które zawierają interesujące fragmenty. Wszystkie utwory są na swój sposób ciekawe. Plyta jest spójna i brakuje na niej słabych momentów. 

W warstwie tekstowej Justin Broadrick odwołuje się to tematyki apokaliptycznej i walki dobra ze złem. Teksty do utworów to pięknie ułożone, zwarte bloki minimalistycznych sformułowań i pojedynczych słów, które wokalista wykrzykuje do rytmu. Mają one swój ciężar, jednak dotykając rzeczy niematerialnych i transcendentnych przyczyniają się do odczucia swoistego katharsis podczas słuchania muzyki Godflesh.

Na uwagę zasługuje profesjonalna realizacja albumu. Brzmienie gitar i wokalu jest świetne. Gra Justina Broadricka jest jak zwykle błyskotliwa i na wysokim poziomie. Zawsze w Godflesh ceniłem też brzmienie przesterowanego basu. Ponownie jego brzmienie i gra G.C. Greena przypominają nisko brzęczące odgłosy betoniarki. Wraz z prostym, miarowym graniem maszyny perkusyjnej brzmi do rewelacyjnie. Automat miażdży swoim ciężarem i mięsistymi uderzeniami. Można się pokusić o stwierdzenie, że próbowano uzyskać podobne brzmienie automatu jak na wielu nagraniach z lat 80-tych, choćby z niesamowitej epki "Tiny Tears" dodanej do "Streetcleaner". Być może użyto szeregu studyjnych sztuczek (lampowe preampy, analogowe kompresory itp.) żeby uzyskać ten efekt. Trzeba jednak przyznać, że końcowy rezultat jest ciekawy i to nasycone, masywne brzmienie automatu oraz odpowiedni miks mają wpływ na ciężar i feeling całej muzyki. 

To co zawsze podobało mi się w Godflesh, to perfekcyjne przygotowanie muzyki. Słychać to zarówno w zagranych partiach gitar, zaprogramowaniu rytmów, w napisanych tekstach, szacie graficznej płyt, realizacji, czy wreszcie perfekcyjnym przygotowaniu i zagraniu utworów na koncertach.  Pod tym względem muzyka na nowej płycie jest jak zawsze perfekcyjnie przygotowana. 

Owszem, ktoś mógłby się przyczepić, że czegoś na tej płycie brakuje, być może eksperymentów, elektroniki, czy chociażby gry drugiego gitarzysty Paula Nevilla, który swego czasu przy pomocy swojej gitary robił w muzyce Godflesh sporo zamieszania. Być może po prostu brakuje jakiegoś elementu zaskoczenia, do którego Godflesh z płyty na płytę nas przyzwyczaili. Jednak twierdzę, że prostota i surowość muzyki zawartej na tej płycie są celowo zamierzone.

Na dobrą sprawę Justin Broadrick spełnia się eksperymentalnie w innych projektach, takich jak JK Flesh, Final, Greymachine, Curse of The Golden Vampire, itd. Z pewnością wiele z tych projektów nadal będzie kontynuowane. A Godflesh spokojnie może pozostać przy swoim własnym oryginalnym stylu.

Jest to bardzo udana płyta. Nie wiem czy tak dobra jak niektóre inne w dyskografii zespołu. Ale słucha się jej niesamowicie dobrze. Równocześnie jest to materiał jakby idealnie skrojony na koncerty. Absolutna konieczność. 

Łebski

 

Inne recenzje Godflesh oraz projektów z nim związanych na industria.org.pl

Godflesh "Decline & Fall"

Godflesh "Pure"

Godflesh "Crush My Soul"

JK Flesh "Nothing Is Free Ep"